11. Przełamać wszystkie bariery – skok ze spadochronem.

Nie sądziłam, że kiedyś nadejdzie taki dzień, w którym będę mogła powiedzieć „Udało mi się! Skoczyłam ze spadochronem!” … A jednak to zrobiłam!

Zdecydowanie się na kupienie grupona zajęło mi kilka dni, ciągle się wahałam, rozważałam za i przeciw, walczyłam sama ze sobą. Z jednej strony czułam, że właśnie tego pragnę, że jest to coś co chcę w życiu zrobić. Z drugiej zaś strony przeważały aspekty zdroworozsądkowe (jednak jest to sport ekstremalny) i finansowe.

Siedząc w fotelu, trzy godziny po skoku, nie wyobrażam sobie, że mogłabym podjąć inną decyzję. 

Na lotnisku zjawiłam się przed czasem, nie czując w zasadzie jakiegoś specjalnego stresu.. Raczej gigantyczne podekscytowanie nadchodzącym skokiem. Okropnie dłużyły mi się chwile oczekiwania na swoją kolej. Przesympatyczny instruktor przeprowadził krótkie, ale jakże ważne, szkolenie i już kierowaliśmy swoje kroki ku stojącej nieopodal na trawie awionetce.

Widok tego mikrosaomolociku, który miał bezpiecznie przewieźć 4 osoby i pilota mocno mnie zatrwożył. Samolot był bardzo mały, jeden z jego boków był całkowicie pozbawiony stabilnej i bezpiecznej stali i zastąpiony był… materiałową kotarą, która po podniesieniu służyła za miejsce zrzutu.

Wsiadając do środka mój niepokój nieustannie rósł. Rzepy zdawały się być zbyt słabe żeby wytrzymać podróż na 4 tysiące metrów. A jednak pozornie nietrwała konstrukcja okazała się być idealną do tego typu skoków. Kotarę łatwo dało się zdemontować aby bez problemu móc wydostać się z samolociku.

Awionetka zadziwiła mnie krajobrazowością swoich widoków. Sam lot w przestworza też był niemałym doświadczeniem. Przebijanie chmur, kołowanie nad okolicznymi stawami, zalewami obfitowało w zapierające dech w piersiach widoki.

Z wszystkich etapów wykonania skoku najtrudniejszy był dla mnie moment, w którym instruktor wystawił mnie poza teren samolotu i radośnie zwisałam w przestworzach, zabezpieczona jedynie uprzężą. Wtedy już nie było odwrotu..
I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że za kilka chwil, ułamków sekund będę spadać mniej lub bardziej niekontrolowanie z 3,5 tysiąca metrów z prędkością 200 km/h ..

I zaczęłam spadać 😀
Uczucie conajmniej specyficzne, ciężko łapie się normalny oddech. Cały świat wokół wiruje.. Czujesz tylko jak płaty skóry na twarzy, rękach i nogach łopoczą na wietrze radośnie poddając się pędowi powietrza. Wtedy też przez umysł przetacza się stado myśli zasadniczo skierowanych treściowo „zaraz będę plackiem”, „narządy mi wylecą uszami”, „dlaczego ja chciałam to zrobić?”.
Chwila zwątpienia.
Lecisz i lecisz i lecisz a spadochron ciągle się nie otwiera 😀

Uczucie ulgi po tym specyficznym szarpnięciu otwieranego spadochronu jest nieporównywalne z czymkolwiek innym.. To po prostu trzeba przeżyć samemu. 

Sam lot na otwartej czaszy jest bardzo przyjemnym, niesamowitym i niepowtarzalnym. Podziwianie widoków, wykonywanie szalonych skrętów, powolne opadanie ku lotnisku.

Kłębi się we mnie tyle emocji, tak wiele chciałabym przekazać.
Jednak żadne słowa nie oddają tego, co dziś się wydarzyło.

spadochronspadochron 7

Z całą szczerością i pewnością mogę stwierdzić, że było to jedno z najintensywniejszych i najbardziej niesamowitych wydarzeń w moim życiu.  

Reklamy

10. Wielki Rozsutec moimi oczami.

Co jest takiego w górach, że w nie chodzisz?
To pytanie zadano mi podczas mozolnego wchodzenia na bardzo strome i skaliste podejście. Wtedy też stwierdziłam, że nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie bo aktualnie myślałam „kto to kurde wymyślił?!”

Góry mają w sobie wiele paradoksów.. Dają poczucie wolności, spełnienia a jednocześnie trzymają nas mocno w ryzach. Stojąc na szczycie i chłonąc otaczające widoki czuje się spokojnym, wyciszonym. Zwalnia się szalony bieg życia. Góry pomagają odpocząć, spojrzeć z dystansu na wiele spraw, dają czas na rozmyślania, pobycie samemu ze sobą. Ten czas, w którym można się wyłączyć, „wylogować” jest niezwykle cenny.

W chodzeniu po górach zawsze towarzyszy dreszczyk emocji.. Często jesteśmy bezbronni. Przygniatają nas one swoim ogromem i majestatem. W każdej chwili możemy spaść, noga może objechać, w kilka minut może zmienić się diametralnie pogoda, może spaść lawina.. W zasadzie jesteśmy zdani na ich łaskę i niełaskę. To uczy pokory.

Do podjęcia tych refleksji skłoniła mnie moja ostatnia wyprawa ze znajomymi na Wielkiego Rozsutca położonego w paśmie Małej Fatry. Była to moja pierwsza trasa z łańcuchami, drabinami i klamrami. Zważywszy na moje niegdyś gigantyczne problemy z lękiem wysokości byłam przekonana, że sobie nie poradzę. Nie mogłam się bardziej mylić 😉

Trasa była świetnie zaplanowana i zdecydowanie dostępna dla takiego laika jak ja. Poniżej mapka z trasą przez nas przebytą.

wysokościtrasa

14 kilometrowa trasa początkowo była przyjemnym (na początku :D) spacerem zdecydowanie pod górę. Dopiero czerwony szlak zaowocował trudniejszymi technicznie elementami. Zawierał on elementy czystego wspinania: zarówno z łańcuchami jak i bez nich, czasem na zupełnej ekspozycji. Mimo wszystko jednak, dla osób chodzących po górach i mających odpowiedni sprzęt, szlak nie był jakoś szczególnie trudny, szczególnie jeśli miało się rękawice. Kolega weteran śmiał nawet twierdzić, że był zdecydowanie zbyt łatwy a łańcuchy są na nim niepotrzebne..

Szczerze mówiąc, chociaż w życiu bym się tego nie spodziewała, rewelacyjnie się bawiłam. Łańcuchy, coś co mnie paraliżowało strachem, dały mi najwięcej frajdy. Wszystko to zasługą grupy, z którą byłam. Rozluźniłam się, śmiałam i coś co było dla mnie barierą nie do pokonania stało się gigantyczną motywacją i kolejnym elementem układanki pod tytułem „przełam swój strach”.

Niesamowite uczucie wygrać tą nierówną walkę po tylu latach.. Wszystkim polecam walkę z samym sobą i swoimi strachami. Nie jest to prosta i krótka droga, wręcz przeciwnie. Zajęło mi to wiele lat by bez strachu móc powiesić się całym ciężarem ciała na łańcuchu mając stopy oparte tylko o niewielkie wypustki w skale..

Nic, na prawdę nic nie daje takiej motywacji 😉

P_20180708_152954_vHDR_On — kopia

Wszystkie zdjęcia zostały wykonane przez moich współtowarzyszy podróży 😉

9. Kilka rad przed podróżą – Gruzja część III.

A o to kilka rad, które przed wyjazdem do Gruzji sama chciałabym usłyszeć:

  1. Jeśli jesteś osobą, która ma wrażliwy żołądek lepiej zaopatrz się w węgiel. Gruzińskie potrawy są niesamowicie tłuste, mocno doprawione (choć nie zwykłą solą!) i zwykle baardzo mięsne. Nasze żołądki nie do końca są przystosowane do tego typu potraw. Ser, który dodają do wszystkiego mocno ciąży i bardzo długo się trawi. Uważaj na to co jesz, zawsze porządnie zastanów się  nad wyborami obiadowymi, gdyż niekoniecznie musi być to „szczęśliwy” wybór.
    ALE JEDNOCZEŚNIE….
  2. Jedz ile tylko możesz, próbuj nieznanych Ci rzeczy. Nigdzie w całym moim życiu nie jadłam tak cudownych, soczystych winogron, arbuzów, granatów i innych owoców, których nigdy wcześniej nie widziałam na oczy.. Gruzja zaskoczy Cię milionami smaków, przepisami na skomplikowane przekąski zrobione z rzeczy, które my – Polacy uważamy za zupełnie niejadalne (na przykład ta biała część arbuza), pachnącą kawą turecką, osobliwie wyglądającymi, brązowymi, zwisającymi knutkami czy zupełnie dziwnym shake’m z koziego mleka..:d
  3. Wino kupuj tylko u miejscowych. Nie warto kupować butelkowanego w sklepie gdy kawałek dalej ktoś, znacznie taniej naleje nam przepysznego, swojskiego wina.
  4. Targuj się. Gruzja jest krajem, w którym turystom podaje się ceny 2/3 razy większe. Nie tylko za usługi transportowe ale również w małych sklepikach czy guesthousach. Targuj się bo zwykle cena jest na tyle wysoka, że sprzedający/świadczący usługi lekką ręką mogą sobie pozwolić na obniżenie ceny.
  5. Noclegów szukaj u lokalnej ludności. Może warunki będą skromne ale jeśli weźmiesz opcję „z wyżywieniem” to ugoszczą Cię lepiej niż w jakimkolwiek hostelu. (My niestety nie wiedzieliśmy o tym i nasze wybory w większości przypadków nie do końca były trafne).
  6. Podróżuj najczęściej jak tylko możesz lokalnymi środkami transportu. Jest to zdecydowanie jeden z najbardziej niezapomnianych i wrażeniotwórczych sposobów zwiedzenia tego pięknego kraju. Wyprzedzanie na trzeciego, dramatyczne mijanki na skraju przepaści, rozpadające się busiki.. W marszrutkach doświadczysz tych samych emocji co na największych rollercoasterach świata. No i może Cię w nich spotkać coś zupełnie niespodziewanego .. tak jak nas 😉 KLIK-> 8. Gruzja – część II. Ostatnia Przygoda.
  7. Dokładnie smakuj każdą przeżywaną chwilę, mocno wciągaj chłodne, górskie powietrze, napawaj wzrok tymi niesamowitymi górami czy całkowicie odjechaną panoramą Tbilisi. Każde miejsce w Gruzji ma w sobie coś pięknego i niespotykanego. Znajdź to, czerp, korzystaj ile tylko możesz.

8. Gruzja – część II. Ostatnia Przygoda.

Historia ta wydarzyła się podczas naszego ostatniego dnia w Gruzji. Do dziś jest to najbardziej nieprawdopodobne wydarzenie z całego mojego życia.

Siedzieliśmy już w marszrutce z Tbilisi do Kutaisi, skąd mieliśmy lot powrotny do domu. Sądzę, że każdy z nas był trochę zawiedziony tak szeroko zachwalaną Gruzją. Podczas drogi myślałam o tym, że jedzenie wcale nie było takie dobre (śmiem twierdzić, że ich potrawy były okropne i wysoko szkodliwe dla mojego żołądka – to była dwutygodniowa dieta na owocach, suchym chlebie i wodzie, zjedzenie czegokolwiek innego kończyło się kilku/kilkunastogodzinnymi „komplikacjami”), fakt, widoki były powalające i zapadające na zawsze w pamięci ale ludzie..? Oj to już zupełnie inna bajka.

Wszyscy mówili nam, że Gruzini kochają Polaków, że są niezwykle gościnni.. Dlaczego nas to nie spotkało? Myślałam dalej… Ba! Swańczycy nasz kilkukrotnie oszukali. Przez pierwsze kilka dni zostaliśmy oszukani na prawie 50 lari od osoby! Byłam zdołowana, zawiedziona ale mimo wszystko z rozżewnieniem wspominałam Noe, Marekh i niesamowite Batumi. To było jedyne miejsce i jedyne osoby, które wykazały się w stosunku do nas tą „niezywkłą gruzińską gościnnością”.

I wtedy wydarzyło się coś co na zawsze zmieniło moje podejście.

Między naszą czwórką w marszrutce siedział Gruzin. Jakiś randomowy, zupełnie przypadkiem, usiadł zanim wsiedliśmy – potem nie miał już drogi ucieczki więc siedział zgnieciony razem z nami na tylnym siedzeniu zardzewiałego busika. W pewnym momencie gdy mijaliśmy stragany z dziwnie wyglądającymi plackami D zapytała naszego współtowarzysza podróży co to właściwie jest. Byliśmy zaintrygowani – z daleka wyglądało jak drewno ale ludzie siedzący przy stolikach to jedli. I tak zaczęła się nasza niesamowita przygoda z Zurą – tajemniczym współtowarzyszem.

Zura zaczął z nami rozmawiać, skąd jesteśmy, jak się nazywamy. Gdy usłyszał, że my z Polszy szeroko się uśmiechnął i gdzieś zadzwonił. Na następnym przystanku do busika wsiadł mężczyzna z reklamówką, podszedł od razu do Zury, wymienili się pakunkami i dodatkowy pasażer wysiadł. Sytuacja dla nas dosyć dziwna jednak widać było, że dla pozostałych to chleb powszedni. Gdy tylko busik ponownie ruszył mężczyzna zaczął odpakowywać swoją paczkę. Wyciągnął z niej piękny, misternie robiony, ręcznie malowany, gliniany dzbanuszek…I powiedział, że to prezent dla nas. Chyba nigdy nie byłam w większym szoku. Mężczyzna pierwszy raz w życiu widział nas na oczy, rozmawiał z nami raptem 5-10 minut i dostajemy od niego tak niesamowity prezent.. Nie wiedzieliśmy co mamy mu odpowiedzieć. Podziękowaliśmy mu serdecznie pytając czym sobie zasłużyliśmy na tak oszałamiający prezent. I wtedy on zaczął nam opowiadać o swoim życiu, o podróżach, o tym, że właściwie kierowca marszrutki nas oszukał – bo on jako Gruzin zapłacił tylko połowę ceny, którą płaciliśmy my, o tym, że wie jak to jest liczyć każdy grosz, wie jak to jest podróżować z plecakiem i marzyć o odpoczynku i…że dziękuje nam, Polakom i naszemu niesamowitemu byłemu prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.. Bo gdyby nie on..to nawet nie chce myśleć co by z nimi teraz było. Nasze zaszokowanie gwałtwonie rosło z każdą sekundą. Wtedy Zura zapytał się, o której godzinie odlatuje nasz samolot powrotny. Gdy usłyszał, że dopiero o 4 nad ranem stwierdził, że nie godzi się abyśmy tyle godzin spędzili na lotnisku (była dopiero 14) i..zaprosił nas do siebie. Podziękowaliśmy grzecznie mówiąc, że bardzo dziękujemy za zaproszenie ale nie będziemy potrafili się dostać z jego miasteczka oddalonego o 40 km od lotniska o 2 nad ranem bo 1) nie stać nas na taksówkę a 2) i tak prawdopodobnie o tej porze nic nie jeździ. A co na to Zura? Mówi nam, że mamy się nie martwić, on osobiście nas odwiezie. Nie pozostało nam nic innego jak przyjąć zaproszenie..;) Zura ugościł nas niczym królewską rodzinę, zaproponował nam kąpiel, pokoje do spania, każdy dostał kapcie.. Poczuliśmy się zupełnie jak w domu. Poznaliśmy jego siostrzenicę – Mano i jego Panią Babcię. To właśnie Mano przygotowała dla nas ciepłą herbatę/kawę i poczęstowała winogronami z ogrodu. Już wtedy czuliśmy się jak w niebie. Okazało się jednak, że to nie wszystko czym Gruzini ugościli nas tej nocy.

Godzinę po naszym niespodziewanym pojawieniu się w domu Zury, Mano przywołała nas do jadalnianego stołu. Cały stół uginał się pod niezliczonymi potrawami, które dziewczyna magicznie wyczarowała w tak krótkim czasie. I tak oto pierwszy raz czynnie uczestniczyliśmy w prawdziwej, gruzińskiej suprze. Tamada Zura raz po raz wznosił toasty, które poruszały serce. Mimo, że nie do końca rozumiałam co mówi (używał rosyjskiego) to jednak atmosfera całego spotkania, wydarzenia mocno mi się udzieliła. Podczas wygłaszania toastów dziękował za nas, za to, że trafiliśmy w jego progi, za młodość, podróże, za swoją rodzinę, Gruzję, Polskę, ś.p. Lecha Kaczyńskiego.. Po kilkugodzinnym ucztowaniu przy stole Zura każdego z nas obdarował prezentem. Dziś na moim parapecie stoi śliczna, ręcznie robiona i malowana gliniana miseczka, z której piłam wino podczas supry w domu Zury.

Downloads.jpg

Tak jak obiecali odwieźli nas na lotnisko, dziękowali za to, że mieli okazję nas ugościć. Niesamowite, powalające doświadczenie.

Do dziś nie potrafię zrozumieć. Zabrał nas, zupełnie obcych dla siebie ludzi do domu, nakarmił, pozwolił korzystać ze wszystkich swoich dóbr, odwiózł na lotnisko, obdarował prezentami.. Wszystko z własnej woli, z dobroci serca.. Coś niesamowitego, w Polsce raczej niespotykanego. Każdemu życzę spotkania na swojej drodze takiej osoby kiedy zwątpi w sens podróży ..